MY TO SIĘ UMIELIŚMY BAWIĆ, NIE TO CO DZISIEJSZE DZIECIAKI!

No właśnie. Zazwyczaj gdy pojawia się temat zabaw z naszego dzieciństwa, towarzyszą mu uwagi w rodzaju „kiedyś to dzieci potrafiły się bawić”. Też miałam zamiar uderzyć w ten ton, bo marudzenie z elementem sentymentalnym i gloryfikacją przeszłości doskonale się piszą. Dosłownie słowa same wypływają spod palców. Ale jak zaczęłam przypominać sobie swoje rozrywki i porównywać z tym, w co bawią się dzisiejsze dzieci, musiałam się wycofać. Część zabaw – i to znaczna część – przetrwała do dziś. Wprawdzie nigdy nie widziałam dzieci bawiących się w komórki do wynajęcia, ale we wszystkie pozostałe zabawy, tak.

PODWÓRKO, POLE, DWÓR

Nie wiem czy jestem w stanie wypisać połowę zabaw, w które bawiliśmy się na zewnątrz domu. U mnie, na prowincji Warszawy mówiło się „na dworze”. „Idę na dwór” oznaczało, że znikam na ile się da i trzeba mnie będzie nawoływać tysiąc razy „Ania obiad/ kolacja/ ciemno już, wracaj do domu, bo zaraz tam po ciebie pójdę!”.

Czym się bawiliśmy? Błotem, wodą w postaci kałuży, roślinami przeróżnymi od zielsk, przez liście, po owoce, niekoniecznie dojrzałe. Patykami. Ooo, patyki były najlepsze. Jako miecze. Konstrukcja szałasów, albo ogrodzeń. Choć ja najbardziej lubiłam dni łuków i proc. Wtedy każdy robił wybrany rodzaj broni i walczyliśmy. Raczej biegaliśmy i krzyczeliśmy, ale decybele leciały jak z wojny.

zabawkator_zabawa_łupinami

Czym jeszcze? Cegłami i kamieniami do budowy domków i kuchni. Piachem. Zimą śniegiem. Ze śniegu można było zbudować dosłownie wszystko. U nas hitem były latarnie, do których czasem udało się zwinąć z domu świeczkę. Lub znicz. I małe pudełeczko z napisem „dziecko + zapałki = pożar”. A ponieważ wolno nam było przebywać na dworze również po zmierzchu, czasem w latarni udało się zapalić świeczkę. Potem zawsze ktoś za to oberwał, ale radość była wielka.

W co się bawiliśmy? W podchody. W komórki do wynajęcia. Graliśmy w zbijaka, berka, chowanego. Skakaliśmy w klasy rysowane patykiem na piachu, bo nasza ulica była boczna, piaszczysta, bardzo szeroka, miejscami zakrzaczona – idealna do zabawy. I w gumę. Godzinami.

Gry w klasy nauczyłam córkę rok temu. Uparłam się, że nie kupię szkiełka (owszem, można), tylko zrobimy same. W tym celu musiałam zakupić pastę w klasycznym pudełku. Pastę przełożyłam, nasypałyśmy ziemi, zamknęłyśmy i zaczęłyśmy grać. Szkiełko rozpadało się co rzut. Miałam okazję pomarudzić „dziś już nie ma tak dobrze zamykanych past jak dawniej”, zakleiłam klejem Kropelka, gramy do dziś.

Jak brak graczy, gumę można zaczepić o cztery kijki, albo dwa krzesła.

Przed pójściem Klary do szkoły postanowiłam nauczyć ją grać w gumę. Okazało się, że nie pamiętam wszystkich układów do skakania. Bez wielkich nadziei odpaliłam Youtube, myśląc, że pewnie nie zjadę tam takiej starej gry. A tu szaleństwo. Są filmiki instruktażowe, są migawki z mistrzostw gry w gumę! Jest dobrze. Guma wędruje do teczki jako podstawa wyprawki pierwszoklasistki.

Poza tym był badminton, piłka nożna, gra w kolory, głupiego jasia, kartofla. Raczej nie było kosza i siatkówki. Rządził rower, w wielu przypadkach pożyczony od dziadka i „jeżdżony pod ramą”. Do tego kapsle u chłopaków i trzepak u dzieciaków z osiedli. Na naszej ulicy nikt nie miał trzepaka. Wisieliśmy na drzewach owocowych i ogrodzeniach. Poważnie.

Z zabaw na powietrzu pamiętam jeszcze gry z wyjazdów na kolonie, obozy i do sanatorium. Zawsze stały tam jakieś wiaty a pod nimi stoły do ping-ponga i piłkarzyki.

To nadal kołko i krzyżyk, choć przebrobiłyśmy na biedronki i stonki_1

W DOMOWYM ZACISZU

Dla mnie numerem jeden był rzutnik „Ania” do przewijania i czytania bajek z klisz. Klisze były czarno-białe, albo kolorowe, kupowało się je w pojedynczych pudełkach, ale czasem zdarzały się poczwórne – to było coś.

Na wielką nudę dobre były cienie na ścianie. Wystarczyła lampka i dłonie. No i noc. Były też teatrzyki. Jak ktoś miał szczęście, mógł kupić gotowy zestaw w sklepie z zabawkami. Czasem w księgarni. Na przykład bajkę o „Smoku Wawelskim” – dwie dekoracje do zawieszenia lub rozstawienia, pięć kukiełek na patykach z ruchomymi elementami (osobno można było poruszać rękoma, schylać głowę, otwierać paszczę smoka), pięknie rozpisany scenariusz sztuki.

Teatrzyki były, są i będą. Ten ma ponad 40 lat.

Teatrzyki były, są i będą. Ten ma ponad 40 lat_3

Były gry planszowe, choć nie tyle co dzisiaj. Jedne z najlepszych to „Grzybobranie” i „Mała poczta”, które w nieco zmienionej formie, ale są wydawane do dziś. Poza tym było coś co uwielbiałam – bierki. I dziś też są. Można je kupić nawet do zabawy w ogrodzie, w rozmiarze XXL – ponad metr długości. Graliśmy też oczywiście w karty, do kupienia w każdym kiosku ruchu. I w domino. Oraz „Pięć kostek”, coś jak gra w oczko, tyle że z kostkami i kubeczkiem.

Jesienią to wiadomo – robiło się figurki z darów przyrody i zapałek. Czasem trafiła się jakaś kolorowanka. Ale rzadko. Za to w deszczowe dni dziewczynki często pochylały się nad wpisami do pamiętników, złotych myśli czy zeszytami z kolażami robionymi z obrazków wycinanych z kolorowych magazynów. Niektórzy robili też śpiewniki. Nie pamiętam harcerskich, raczej z anglojęzycznymi hitami.

zabawkator_co_zrobić_z_kasztanów_20

zabawkator_co_zrobić_z_kasztanów_23

(Na zdjęciach piękne kasztany zamienione w gry przez Elę Olszewską. Więcej znajdziecie tu: ZABAWY Z KASZTANAMI

Z KARTKĄ I DŁUGOPISEM

Ja pamiętam to konkretnie tak: z kartką wyrwaną z zeszytu i długopisem wielorazowym „Zenit”. Rzadziej z ołówkiem. A jeśli już to bez gumki na końcu. I bez kolorowych nadruków oczywiście. Mój ołówek był już zaostrzonym przy pomocy temperówki, ale jakby się zapodziała, to tata potrafił w chwilę naprawić ołówek nożem. A w papiernikach można było jeszcze kupić ostrzałki z żyletką w środku (…).

CAŁY TEKST, A W NIM JESZCZE CZĘŚĆ O GRACH DOMOWYCH I ELEKTRONICZNYCH, ZNAJDZIECIE NA FOCH.PL, wystarczy kliknąć KLIK KLIK 

 

2 komentarze do “MY TO SIĘ UMIELIŚMY BAWIĆ, NIE TO CO DZISIEJSZE DZIECIAKI!

  1. oj, ma Pani racje! oj, potrafia i te dzisiejsze dzieci sie bawic! tylko troszke trzeba im pomoc 😉 nie wciskac im w reke smartphona, gdy mamy ochote na chwile spokoju, i nie zabierac na plac zabaw pol domu (siatka z foremkami, kocyk piknikowy, pilka tez byc musi, i hulajnoga na wszelki wypadek, a Dziecie jedzie rowerkiem). trzeba wybrac sie z nim do lasu, wziac co najwyzej bidon z woda, scyzoryk i lupe, ewentualnie lopatke, przykucnac na jakims pienku i rozkoszowac sie spokojem – tam chyba kazde Dziecie znajdzie sobie zajecie 🙂 zapraszamy do nas – mnostwo kontaktu z natura gwarantowane 🙂
    http://www.kidswithoutplastic.blogspot.com

  2. Miałam takie kukiełki, pozostał mi tylko Szewczyk i król. 🙂 Bawię się z moją wnusią w teatrzyk i jest bardzo zainteresowana taką formą zabawy, mimo, że smartphon też nie jest jej obcy. Proszę o kontakt właścicielkę tych kukiełek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Website