WIŁKA SMOCZA DZIEWCZYNKA. RECENZJA I ROZMOWA Z ANTONINĄ KASPRZAK

PATRONAT ZABAWKATORA: „Wiłka smocza dziewczynka” – książkę napisała Antonina Kasprzak, a zilustrowała piękne (naprawdę p i ę k n i e) Katarzyna Bukiert. Tytuł ten sprawi Wam przyjemność, już od chwili, gdy weźmiecie go w ręce. Ma gumowaną okładkę, solidną wagę i kolory, które głaszczą oko. A w środku dzieją się cuda. Niby mamy smoki, wiły, wierzenia, mity, a tak naprawdę czytamy o miłości, macierzyństwie, dzieciństwie, nieporadności, sile, czyli codzienności każdego z nas. Jest moc!

„Wiłka smocza dziewczynka” Antonina Kasprzak, ilustracje Katarzyna Bukiert, wydawnictwo Bis, twarda oprawa, 235 stron, cena okładkowa 36,90 zł (od 24 zł w porównywarce cen pod tekstem).

 

 

WIŁKA SMOCZA DZIEWCZYNKA

To druga książka Antoniny. O pierwszej „NIE JA I JA” (tu znajdziesz recenzję ➡ KLIK), mówiłam, że to mocny debiut. Podobno każdy może napisać jedną książkę, dopiero przy kolejnej wiadomo, czy mamy do czynienia z pisarzem. Jeśli to prawda, to oto mamy nowe nazwisko do zapamiętania, jeśli chodzi o polską książkę dziecięcą. Drugi tytuł Antoniny Kasprzak jest jeszcze lepszy, niż pierwszy!

Głównymi bohaterkami są dwie siostry Pola i Bułeczka. Ich losy krzyżują się z życiem trzeciej dziewczynki – tytułowej Wiłki. I choć to ich przygody i zmagania będziemy obserwować, to równie mocno zarysowani są tu też dorośli, rodzice, opiekunowie.

Akcja zaczyna się, gdy w życiu Poli i Bułeczki następuje gwałtowny przewrót. Oto mama spodziewa się trzeciego dziecka. Zamiast radosnego oczekiwania i szykowania na przyjęcie małego członka rodziny, dziewczynki doświadczają strachu i niepewności, ponieważ mama musi iść do szpitala, a tata wyjeżdża zawodowo (rodzina boryka się z trudnościami finansowymi). Niby w domu dziewczynek pojawia się ciocia, czasem babcia, ale żadna z nich nie jest w stanie naprawdę zaopiekować się Polą i Bułeczką. Jedna zbyt mało dba o praktyczną stronę wychowania, druga nie radzi sobie z relacjami. Tym samym starsza siostra częściowo przejmuje obowiązki pilnowania i wspierania młodszej.

Nie bójcie się, to żaden spojler, a jedynie sam początek i jednocześnie tło opowieści. To jaka jest główna historia? Magiczna.

Oto Pola spotyka w szkole bardzo dziwną dziewczynkę. Dziewczynka ma tak, jak Pola, całkowicie białe włosy. Jest tajemnicza i pojawia się na krótką chwilę. Zdąża jednak spojrzeć na Polę i upuścić swój pierścionek. Potem jasnowłosą zabiera mama, a Pola dowiaduje się, że jest to uczennica objęta edukacją domową. To spojrzenie i ten upuszczony z premedytacją pierścionek, nie dają Poli spokoju. Zaczyna poszukiwania tajemniczej dziewczynki. Oczywiście musi zabierać ze sobą młodszą, niesforną siostrę.

Tak dziewczynki wkraczają do barwnego, ale i przerażającego świata Wiłki – smoczej dziewczynki. Muszą sobie poradzić nie tylko ze swoimi lękami i wyzwaniami, ale przede wszystkim z nieporadnością i wadami… dorosłych.

 

 

CUDNA KRESKA I BARWY KATARZYNY BUKIERT

Ilustracjom trzeba poświęcić oddzielny akapit. Po pierwsze kolory. KOLORY są tu jak terapia dla oka. Barwy, które widzimy na okładce towarzyszą nam już przez całą książkę. I warkocze. I taka dziewczęca świeżość. Kasia Bukiert pokazała magię codzienności, bez uciekania się do dosłownego rysowania tej magii (a mogła sięgnąć po to ułatwienie, w końcu mamy w książce mityczne wiły). Piękna książka. Sami zobaczcie – na zdjęciach pokazuję kilka stron.

 

Wiłka smocza dziewczynka

 

 

CÓRKI SĄ ZE MNIE DUMNE – Z ANTONINĄ KASPRZAK ROZMAWIA ANIA OKA

 

Wiłka to spełnienie marzeń niejednego małego czytelnika zafascynowanego smokami. Skąd taki pomysł na jedną z głównych bohaterek?

 

Szczerze mówiąc, nigdy nie interesowałam się szczególnie smokami, a raczej mitologią, także słowiańską. To stąd czerpałam inspirację do opisania smoczego plemienia Wił. Kiedy obmyślałam tę książkę, najpierw miałam w głowie parę – Wiłkę i jej mamę. Chciałam stworzyć obraz matki, która bardzo kocha swoją córkę i jest skłonna wiele dla niej poświęcić, ale też całkowicie nad nią dominuje, izoluje od świata, tłamsi. Stąd już niedaleko do obrazu matki – smoczycy.

 

Antonina Kasprzak

 

Całkiem niedawno wyszła Twoja debiutancka książka dla dzieci. Ile czasu zajęła Ci praca nad Wiłką? Czym, to pisanie, różniło się od pisania „Nieja i ja”?

 

Rzeczywiście książki wyszły szybko jedna po drugiej, ale to przede wszystkim dlatego, że wydanie pierwszej trwało dosyć długo, a z drugą poszło już znacznie szybciej. „Wiłka smocza dziewczynka” była w zasadzie skończona, kiedy wyszła „Nieja i ja”. Praca nad „Wiłką” zajęła mi około pół roku. Największa różnica polegała na mojej większej wierze we własne siły. „Nieję” pisałam bardziej dla własnych córek, dla siebie, do szuflady, z myślą, że może kiedyś nieśmiało spróbuję komuś ją pokazać. Natomiast przy „Wiłce” od razu założyłam, że książka ukaże się drukiem. Nie wpłynęło to chyba jednak na mój sposób czy tempo pracy.

 

Masz dwie córeczki – co mówią o Twoich książkach? Pierwszej i drugiej?

 

Na szczęście Mani i Helence książki się podobają i są ze mnie dumne. Doszukują się w książkach sytuacji, epizodów z własnego życia, a jest ich sporo. Skrupulatnie wyliczają, czy bohaterki są do nich podobne (na przykład pod względem koloru włosów) i czy któraś nie jest tu poszkodowana.

 

Antonina Kasprzak

 

Czy kiedy piszesz, to wiesz już dla jakiej grupy wiekowej będzie to książka, czy dopiero określasz to po zakończeniu powieści? Dla jakiego wieku poleciłabyś Wiłkę?

 

Tak, od początku wiedziałam do jakiej grupy wiekowej chce skierować książki. Może nie rozumowałam w kategoriach „grupy docelowej”, tylko wynikało to spontanicznie z konstrukcji głównych postaci. Często w przypadku książek dla dzieci czytelnicy są nieco młodsi lub w wieku głównych bohaterów. Myślę, że „Wiłka” będzie odpowiednia dla dzieci w wieku 8–12 lat.

 

W Twojej książce dorośli nie najlepiej sobie radzą. Czy to z powodu czynników losowych, czy też własnych błędnych decyzji, ale w uproszczeniu można powiedzieć, że dzieci mają przez nich sporo kłopotów. Czy coś chciałaś przez to przekazać młodym czytelnikom, a może czytającym z nimi rodzicom?

 

Tylko tyle, że nie są sami ze swoimi problemami. Myślę, że kłopoty, które mają w swoich rodzinach bohaterki „Wiłki, smoczej dziewczynki”, są poważne, ale dosyć typowe dla współczesnych dzieci. W jednym domu jest rozbita rodzina, dominująca matka i tematy, których nie wolno poruszać. W drugim domu dorośli są sfrustrowani codziennością – ciasnym mieszkaniem, problemami z pracą, pobytem w szpitalu,nadmiarem obowiązków. Zrzucają za duży ciężar na barki dzieci, przede wszystkim dlatego, że nie zapewniają im dość bezpieczeństwa. Przy tym wszyscy ci dorośli cały czas się starają wywiązywać jak najlepiej ze swojej roli! Mam nadzieję, że ci czytelnicy, którzy zmagają się z takimi problemami, odnajdą tutaj swoje emocje i może nadzieję, że także oni sami mogą wiele zmienić.

 

Dziękuję za spotkanie. Czekam na Twoje kolejne tytuły i mam nadzieję, że nie będziesz już niczego ukrywać w szufladzie. 

 

GDZIE KUPIĆ „WIŁKA SMOCZA DZIEWCZYNKA” – PORÓWNYWARKA CEN:

smocza dziewczynka

 

39 komentarze do “WIŁKA SMOCZA DZIEWCZYNKA. RECENZJA I ROZMOWA Z ANTONINĄ KASPRZAK

  1. Największe wyzwanie, hmm..
    Moj wujek mial narzeczona, ktora bardzo lubiłam, niestety rozstał sie z nia i związał dość szybko z inna kobieta. Trudno bylo mi ja zaakceptować, a bylam z wujkiem blisko i spędzaliśmy dużo czasu razem.. Starałam sie trzymać fason (mialam jakieś 5-6 lat), jednak zwracałam sie do niej bezosobowo, „ciocia” nie chciala mi przejść przez gardło.. Byliśmy kiedyś nad jeziorem, poszłam z wujkiem kupować jedzenie a Ona została na kocu. Pech – nie było tego, co wybrała sobie do jedzenia i wujek wyslal mnie do niej żebym dopytala co zamiast.. Cala drogę rozkminialam jak sie do Niej zwrócić, nic nie wymyśliłam i w końcu użyłam tej „cioci”… A mogłam przeciez powiedzieć poprostu „nie ma frytek, co mamy kupić?” musiało to byc dla mnie wyzwanie skoro do dziś to pamiętam 😉

  2. Bardzo utkwił mi w pamięci poranek (słoneczny) w którym rodzice musieli na chwilę zostawić mnie samą w mieszkaniu. Pamiętam że cały ten czas leżałam pod kołdrą i nawet nie wyściubiłam nosa na chwilkę, dopóki nie wrócili do domu. Ale niestety pamiętam ile miałam lat

  3. Gdy miałam niecałe 8 lat moja babcia złamała nogę. Moja mama musiała się nią opiekować i zadbać o cały dom a także o mojego malutkiego brata. Powiedziała żebym sama szła do szkoły z koleżankami. Miałam do szkoły jakieś 500 metrów. Odchodziły płacze, błagania, a na koniec groźby, że migdzie sama nie pojdę i nigdy nie bedę sama chodzić do szkoły… na szczęście wyżej mojego domu mieszkało kilkoro dzieci i w końcu całą grupą udało mnie się wysłać do tej szkoły do tej pory pamiętam ten strach …

  4. O tak, właśnie pierwsze zakupy, sklep osiedlowy, miałam około 6lat, moja mama chorowała bardzo, gdy byłam dzieckiem. Dostałam kartki w ręce (tak to jeszcze czasy przydziałów ) i zadanie do zrealizowania. Lada wydawała mi się taka wysoka, jak jakiś mur, był strach pomieszany z ekscytacją Pamiętam to do dzisiaj, jako pierwsze moje spore wyzwanie. Zrobiło wrażenie i utkwiło w pamięci

  5. Chyba największym wyzwaniem było kiedy przeziębienie u córki okazało się być pomponem w nosie, który sobie włożyła nie wiadomo kiedy. Z dwójka pozostałych dzieci musiałam natychmiast jechać do laryngologa (bo tam mnie odesłano aby uniknąć ostrego dyżuru). Cała akcja działa się pod nieobecność Taty, który jakto zwykle bywa w takich sytuacjach był w delegacji. A wiec ja sama z trójka dzieci w superszybkiej akcji. Dodam jeszcze, ze działo się to za oceanem… Diagnoza „there is a blue object in daughter’s nose” brzmiała jakby zaatakowało nas ufo.

  6. Samodzielne przygotowanie śniadania dla mojego 3 letniego brata gdy ja miałam 7. Do dziś pamiętam jak stojąc na kuchennym narożniku 😉 przy otwartej lodówce gdybałam co mu dać, a następnie starałam się wyciągnąć z samego końca górnej półki twarożek/jogurt. Brat nie chciał kanapki z serem, alternatyw raczej też nie było dostał więc chleb z truskawkowym „serkiem” (jogurt) i był zachwycony. Później przez jakiś czas śniadanie to było naszym rytuałem. 🙂

  7. Ja najbardziej pamiętam zmagania urodzinowe, ach nie mam zbyt fajnych wspomnień, zawsze musiałam być cierpliwa, wyrozumiała i pozwolić kuzynem pierwszej pobawić się moimi prezentami, czasami nawet nie miałam okazji sama ich rozpakować. To były prawdziwe zmagania.

  8. Wiem wiem!od razu wiem co pisać! Do dziś zapamiętałam chrzest na obozie harcerskim:o 2 tygodnie obozu pod namiotami w lesie. Byłam w szkole podstawowej, dzieciak. Którejś nocy obudzili nas wychowawcy latarkami w środku nocy, zaprowadzili nas gdzieś w las i kazdy z nas musiał pokolei trzymając się sznurka wejść w głąb lasu!było ciemno i balam sie że ho Ho…idąc wzdłuż tego sznurka co chwilę ktoś wybiegał strasząc i przy okazji z jakimś zadaniem np trzeba było zjeść coś dziwnego, rozwiązać zagadkę żeby móc wrócić itp. pojechana noc, myślę że zbyt straszna jak na takie dzieciaki ale pamiętam te noc do dziś.:)

  9. Kiedy przeczytałam pytanie „Z czym musiałam się zmierzyć w dzieciństwie, co było największym wyzwaniem”?, to przyszły mi do głowy dwie rzeczy. Po pierwsze bardzo bałam się po zmroku przechodzić obok piwnicy. Wracają od koleżanki z klatki obok i chcąc wejść do naszego mieszkania na 2 piętrze musiałam minąć czarną dziurę piwnicy, do której nie wiadomo czemu drzwi stały zawsze otworem i straszyły mnie zawsze wyimaginowanymi potworami. W końcu znalazłam na to sposób. Wbiegalam jak wystrzelona z procy do tej naszej klatki, by jak najszybciej minąć piwnicę, glonami przy tym śpiewając 🙂 Wtedy też się bałam, ale krócej 😉

    Druga sprawa: zmierzenie się z przezwiskami. Miałam rude włosy, a koledzy na podwórku byli z tego powodu okrutni. Przezywali mnie na różnie dziwne sposoby, typu „Rudy 102! Zdejmij ten zardzewiały kask, bo wojna już dawno się skończyła” (na topie był wtedy serial „Czterej pancerni i pies”). Och, jak ja cierpiałam przez tę wyzwiska! Do tego stopnia, że znienawidziłam swoje rude włosy, a po komunii ścięłam je na krótko. Ironia losu zadziałała: kiedy dorosłam, włosy straciły swoją intensywność i teraz marzę, by mieć takie jak w dzieciństwie i wspomagam się się farbowaniem 😉

    • Przepraszam za pomyłki (autokorekta), miało być oczywiście „głośno śpiewając”.

  10. Między mną, a moim najmłodszym bratem jest 10lat różnicy. Były ferie, luty, Malutki (tak zwracalismy się do brata) miał ponad 2a miesiące. Wtedy byliśmy we 3 w domu – Malutki, mama i ja. Niespodziewanie mama oznajmiła, że musi pójść do sklepu, bo zabrakło kilku produktów do obiadu i podwieczorku.
    Ze nie chce budzić Malutkiego, że będzie spokojnie spał, a Ona wróci zanim się obejrzę .. Pomyślałam „ok”, będę cicho, a mamie zejdzie się chwilka, przecież sklep jest niedaleko. Dopiero jak zamykała drzwi, zdałam sobie sprawę, że nie lubię zostawać sama w domu, że się boję, a tu jeszcze pod opieką mam bobasa. Gula stanęła mi w gardle uniemożliwiając potknięcie śliny, oczy zaszklily się łzami i…mała Kruszyna, która tylko śpi, je i potrzebuje zmiany pieluchy (tylko, albo aż tyle) zaczęła kwilić, płakać, krzyczeć. Co 10letnie dziecko może wiedzieć o tak małym dziecku, jakim był wtedy Malutki? Przyniosłam miskę z letnią wodą, wyjęłam Malutkiego z łóżeczka i zaczęłam odpinać ubranko napka po napce. Przecież mama zawsze tak robiła, kiedy Malutki się budził. Nigdy wcześniej nie zmienialam bobasowi pieluchy, a wtedy jak na złość, była to grubsza sprawa 😉 Zabierając się do tego jak pies do jeża, delikatnie żeby nic mu nie zrobić, cała spięta, nieporadnie obmyłam myjką, zmieniłam pieluszki, ubrałam i odłożyłam Malutkiego na miejsce. Nawet się nie zorientowałem, że mamy nie było dłuższą chwilę.. Ogromne wyzwanie, pamiętam do dziś każdy krok po kolei co i jak robiłam, a Malutki dziś nie jest już Malutki, właśnie skończył 18lat 😀 A co ważne, wtedy przewijają Malutkiego pierwszy i ostatni raz 🙂

  11. Miałam 6 lat; mój brat 2 a siostra kilka miesięcy. Mama, dopiero co wróciła do pracy z macierzyńskiego – jest nauczycielką i wyjątkowo w tym własnie roku szkolnym miała lekcje „na popołudniu”. W opiece nad nami rodziców wspierała od zawsze Babcia (moja ukochana, obecnie 86 letnia Babciusia), ale Babcia wtedy jeszcze pracowała – była telefonistką (ależ to była frajda chodzić do Babci na pocztę i bawić się wśród Pań w słuchawkach – pamiętasz, że rozmowy były łączone przez Panie na poczcie?). Babcia pracowała na 3 zmiany. I po tym przydługim wstępie clue akcji :)) Przez kilka tygodni (dokąd Babcia nie przeszła na emeryturę) przez kilkanaście minut, 3 razy w tygodniu zostawałam w mieszkaniu z młodszym rodzeństwem jak mama z Babcią wymieniały się „gdzieś po drodze” – siostrę mama układała na podłodze, żeby nie spadła 🙂 – Ależ byłam dumna i dorosła 🙂 Co ciekawe jak już Babcia przeszła na emeryturę to bardzo długo trzymała nas pod kloszem 🙂

  12. Dla mnie olbrzymim wyzwaniem była pierwsza samotna wizyta w kinie. Chodzułam do szkoły podstawowej i bardzo chciałam pójść na Pana Kleksa. Niestety, nikt tego dnia nie mógł się wybrać ze mną więc poszłam sama. Dumna że mogę i że idę. Aż do momentu, gdy w filmie pojawił się moment z wilkami. Pamiętacie? Do dzisiaj śnią mi się wędrujące wilki z czerwonymi oczami….

  13. Wydarzeniem, które bardzo utkwiło mi w pamięci, było spotkanie ze znajomymi rodziców. Miałam wtedy 3 lata. Znajomi rodziców dawno ich nie widzieli i mnie nie znali. Przywitali się i stwierdzili,że rodzice mają pięknego syna (rodzice zawsze obcinali mi włosy na krótko, co mi sie nie podobało). Oburzona odpowiedziałam, że nie jestem żadnym chlopcem tylko dziewczynką. Znajomi się zmieszali i przeprosili, ale ja zapamiętałam to na wiele lat i nigdy nie pozwoliłam rodzicom obciąć mi już włosów nawet o centymetr. Dopiero jak chodzilam do podstawówki poszlam do fryzjera Zreszta nadal to we mnie tkwi, mojej córce, ktora ma 5 lat, nie obcinam włosów nawet o centymetr wiecej niż jest to konieczne.

  14. Gdy miałam 9 lat przeprowadziłam się ze wsi do miasta. Miałam wracać sama do szkoły z salki przy kościele. Myślałam,że dam radę… nie dałam. Zgubiłam drogę. Godzinami błądziłam na mrozie. Pytałam o autobus, łapałam taksówkę na skrzyżowaniu …Nikt nie zainteresował się samotną dziewczynką.
    Na szczęście znalazła mnie żandarmeria wojskowa.
    Do tej pory boję się nowych miejsc. Zawsze drukuję mapę lub zabieram plan miasta.

  15. …trochę tych wyzwań było, ale jako, że wakacje w dzieciństwie spędzałam na wsi, którą uwielbiam do dzisiaj… ale także do dzisiaj mam lęk przed…kogutami. O tak, pamiętam jak dziś… miałam kilka lat i taki piękny, wielki, kolorowy kogut (dzisiaj jako dorosła twierdzę, że był naprawdę imponujący…piękny, elegancki…) który zawsze za mną ganiał i mnie kiedyś dotkliwie podziobał… wredny był strasznie. Kogut potem zniknął…ale były inne (chociaż nie takie niesympatyczne…) a ja już zawsze będąc na podwórku w towarzystwie kur oglądałam się za siebie czy nie leci za mną jakiś kogut 😉 niby śmieszne, ale wtedy to było wyzwanie…dostać się do kochanego psa czy kotów np. ;p Do dzisiaj boję się tego ptactwa 😉

  16. Nie pamiętam dokładnie ile miałam lat, 11 albo 12. Wyprowadzałam naszego psa – spanielkę, pogoda była jak teraz, z tym że śnieg padał. Nasza stała trasa to były łąki wzdłuż rzeki, wtedy zamarznietej. Spanielka dojrzała kaczkę po drugiej stronie rzeki. Oczywiście nie miałam jej zapiętej na smycz. Kiedy wbiegła na lód, ten zarwał się i suczka wpadła do wody. Co dzieciak niewiele myślący zrobił? Do domu za daleko, żeby wołać pomoc. Powoli sunęłam na krawędź lodu i pomogłam Rudej wydostać się na ląd. W obawie że przemarznie, wzięłam ją na ręce (12 kg żywej wagi), okryłam kurtką i biegiem do domu. Czy zdawałam sobie sprawę co mogło się wydarzyć? Obawiam się, że nie. Oczywiście mama zna łagodnieszą wersję, do dnia dzisiejszego 😉

  17. Panicznie bałam się psów. Niestety na ostatnim odcinku drogi do domu mieszkała kobieta, która miala 2 psy, które gdy były wypuszczone przeraźliwie szczekały i doskakiwały do każdego. Jeśli zdarzało się tak, że akurat musiałam sama wrócić (bez towarzystwa kolegi sąsiada) całą drogę drżałam czy uda mi się przejść bez spotkania z psami czy nie. Zostało mi to na długie lata. Nadal gdy widzę psa wolę go ominąć bezpiecznym łukiem.

  18. Dla mnie takim traumatycznym wręcz zdarzeniem była śmierć mamy mojej koleżanki. Nie do końca rozumiałam, co się stało, koleżanka i jej dwie siostry chyba też nie. Pamiętam do dziś ciepły, letni dzień i to, jak idziemy całą grupką szukać mamy… bo przecież nie mogła tak po prostu odejść, prawda?

  19. Największym wyzwaniem było pokonanie lęku przed trawą. Mieszkamy w pobliżu pięknego parku, gdzie kochamy przebywać lecz młodszą córkę przerażała wlaśnie trawa. Nie można jej było nawet pokazać jednego malenkiego zdziebełka, o chodzeniu po niej nie było mowy, bo od razu była ogromna panika. Ten sam maluszek wtedy 2latek okupował toaletę przez 2 godziny i czytała książki. Domownicy musięli czekać aż panna zakończy czytanie. Na szczęście córka wyrosła na niesamowicie dzielną i radosną dziewczynkę, trawa już jej niestraszna. Czyta jeszcze więcej niż w dzieciństwie lecz na nasze szczęście już w zupełnie innych miejscach.
    W Wiłce zakochana i marzy by dostać w prezencie urodzinowym, więc zaciskamy mocno kciuki.

  20. Co zrobić, gdy wyzwania dzieciństwa nie nadają się do publicznej wiadomości? Większość z nich złamałaby niejednego dorosłego… Jestem jednak dowodem na to, że Nietzsche się nie mylił – co nas nie zabije to wzmocni… Marna to pociecha i wiele lat zajęło mi przepracowanie tych tematów, lecz przynajmniej wiem, czego za nic w świecie nie chcę zafundować moim dzieciom… Wiem też, co chcę im dać – wiarę, nadzieję i miłość, umiłowanie piękna oraz wielkie skrzydła, na których wzniosą się ponad przeciętność…

  21. W dzieciństwie prawie codziennie wieczorem wyzwaniem było dla mnie dotarcie do domu na 4 piętro. Często wchodziłem po schodach zbyt wolno i bywało tak, że na którymś z półpięter dopadała mnie całkowita ciemność. Wtedy po omacku, z szybko bijącym sercem probowalem dostać się do najbliższego włącznika światła. Nierzadko włącznik myliłem z dzwonkiem sąsiadów co potęgowało stres, ale sprawiało również, że na ostatnie piętro docieralem jak błyskawica. Bałem się ewentualnych pretensji sąsiadów, że dzwonię do ich drzwi. Teraz to dla mnie zupełnie niezrozumiałe, ale za dzieciaka myśl o samotnym wchodzeniu po klatce schodowej po zmroku była przerażająca i stanowiła wielkie wyzwanie. Uczucie jakie mi wtedy towarzyszyło pamiętam do dziś.

  22. Ja mam tyle wspomnień z dzieciństwa, które utkwiły mi w pamięci, zarówno wspaniałych, jak i trudnych, że ciężko wybrać tylko jedno… Pamiętam bardzo dobrze, gdy wyszłam na podwórko z młodszym o dwa lata kolegą, którego tata kilka dni wcześniej trafił do szpitala z zatruciem. Ja miałam wtedy z 9 lat, więc on z 7. Fikaliśmy beztrosko po trzepaku, gdy nagle on spoważniał, spojrzał na mnie i powiedział: „Mój tata umrze, on już nie wyjdzie ze szpitala” i puścił się biegiem. Ruszyłam za nim i złapałam go na łąkach za naszymi blokami. Bardzo płakał. Pytałam, czemu tak twierdzi, zapewniałam że lada chwila jego tata wyjdzie ze szpitala i wszystko będzie dobrze…
    Jego tata zmarł następnego dnia. Od tego wydarzenia moje dzieciństwo zaczęło się jakby trochę kurczyć. Trudno mi to wyjaśnić ale pamiętam to doskonale i zawsze mam ciarki, gdy o tym myślę…

  23. Miałam może z 6 lat. Byłam chorobliwie nieśmiała. U nas na wsi w zimowe wieczory popularną rozrywką była gra w tysiąca. Jednego wieczoru Babcia się rozchorowała i nie mogła pójść na rozgrywki do Cioci mieszkającej obok. I poproszono mnie, zebym poszła zapytać „kto wygrał”. Ubrałam się , wyszłam, stanęłam przed domem w którym siedzieli SAMI DROŚLI (znajomi, same ciocie i wujkowie, ale dorośli). I stchórzyłam. Uciekłam. Dziś w wychowaniu moich dzieci jest dla mnie niezmiernie istotne nauczyć je pokonywać nieśmiałość

  24. Spacer po ciemku na cmentarzu.. czysta klasyka, ale jak działała wówczas na wyobraźnię…

  25. Jednego takiego wyzwania z dzieciństwa nigdy nie zapomnę. Był to swoisty sprawdzian, pasowanie na starszą siostrę… Rodzice wyjechali, a my z siostrą zostałyśmy pod opieką Babci. I zaraz wieczorem Jola dostała gorączki i zaczęła wymiotować. Babcia nie chciała jej opuszczać i poleciła mi przynieść dla nas kolację do pokoju.
    Niby nic, a dalej czuję ciarki, jak to wspominam. Wciąż pamiętam jak długi, nieskończenie długi i przytłumiony był korytarz, z rzędem drzwi po jednej stronie i oknami – z ciemnym lasem – po drugiej. A ja szłam i szłam prosto w oko cyklonu – skąd narastał, z każdym moim krokiem, szum i gwar. Rozświetlone, białe wrota do jadalni… i armia obcych, dorosłych i dzieci, którzy wlepili we mnie wzrok gdy weszłam. A tu trzeba było przejść pod ostrzałem ich spojrzeń, odnaleźć własny stolik, zabrać jedzenie i czmychnąć tak, żeby nic się nie przewróciło – inaczej cała akcja poszłaby na marne.
    Właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że jestem starszą siostrą. Nie ma, że nie możesz, albo że stchórzysz – jak ta mniejsza potrzebuje pomocy to po prostu trzeba dać z siebie wszystko. Trzeba się trochę zmienić w superbohatera. Taka odpowiedzialność bardzo dodaje odwagi!
    … choć wbrew pozorom nie w kwestii zwalczania potworów z ubikacji. Wymyśliłam go kiedyś jako straszaka dla siostry i do dziś obie trochę w niego wierzymy. Po prostu lepiej nie siedzieć tam po ciemku i tyle.
    Pewnym wyzwaniom zapewne nie da się sprostać 🙂

  26. Z góry bardzo przepraszam, że się rozpiszę, ale od razu do głowy przyszły mi co najmniej dwie sytuacje i nie potrafię wskazać, co było najtrudniejsze. Nasza mama ma nas pięcioro (między mną a najmłodszym różnica 13 lat). Zawsze pracowała zawodowo w szkole, w dodatku popołudniami pomagała tacie obrabiać pole. Dla mnie, jako najstarszej, było oczywiste, że muszę przewijać, karmić i uczyć młodsze rodzeństwo. Ale bywało ostro.
    1. Rodzice wyjechali do babci, zostawili nas w domu. Nadeszła burza. Nie taka normalna, ale prawdziwe burzysko z gradem, wichrem, długie i okrutnie straszne. Byliśmy wychowywani w strachu przed burzą, na wsi nie ma piorunochronów, więc musieliśmy dopilnować wszystkiego. Zamknęliśmy wszystkie okna, wyjęliśmy wtyczki z kontaktów. Usłyszeliśmy, jak powalona wiatrem łamie się nasza jedyna grusza. Grad walił w blaszany dach ganku, jakby ktoś go bombardował. Z przerażeniem myśleliśmy o tym, że w tej właśnie chwili rodzice jadą autem i może na nich spaść jakieś drzewo. Byliśmy sztywni ze strachu a jeszcze trzeba było uspokoić młodsze dzieci. Usiedliśmy wszyscy na środku domu, w korytarzu pod ścianą, przytuliliśmy się i czekaliśmy, aż ten koszmar się skończy.
    2. Rodzice gdzieś pojechali, zostawiając nas samych z akumulatorem, który, nie pamiętam czemu, tata podłączył w domu a nie w garażu. Najmłodszy Piotruś czymś dotknął kabelków, zaczęły się palić a cały akumulator zaczął niewiarygodnie dymić szarymi kłębami, przez które nie było niczego widać. Średni brat uciekł na podwórko, ja wyniosłam z domu siostrę i najmłodszego. Cała trójka była albo zesztywniała z grozy, albo płakała. Wróciłam do domu i zobaczyłam, jak o rok młodszy brat wpełza do zadymionego pokoju. Niczego nie słyszałam i zaczęłam krzyczeć: Andrzej, Andrzej! On nic. Schyliłam się, próbowałam coś dojrzeć, nic. Zaczęłam płakać. Andrzejku, powiedz coś! W końcu się odezwał: Trzeba rozłączyć te kabelki. Przynieś miotłę. Pobiegłam, przyniosłam, mgliście pamiętam resztę. Wiem, że w końcu wyszedł, z pokoju przestały wylatywać nowe kłęby. Uspokoiliśmy dzieci, otworzyliśmy wszystkie okna i na podwórku czekaliśmy ze strachem na powrót rodziców.

  27. W dzieciństwie przeprowadziliśmy się z rodzicami do nowego domu, oddalonego od „centrum” wsi i przystanku autobusowego o blisko kilometr. Najgorszym problemem były dla mnie powroty do domu po ciemku. I nie dlatego, że bałam się ciemności, a raczej tego co mogłam spotkać po drodze w totalnych ciemnościach. Miałam do pokonania ogromny krzak bzu, w którym często stacjonowali okoliczni menele. Po drodze można było się natknąć na wolno biegające psy, które pouciekały sąsiadom. A na dodatek wszystkiego musiałam przejść przez niestrzeżony przejazd kolejowy :/ Jak na 9 letnie dziecko było tego dla mnie aż nadto, a nie zawsze było po mnie wyjść bo rodzice pracowali na zmiany. Później przywykłam 🙂 Teraz zrobili tam „niby asfalt” i postawili latarnie, a krzak bzu został wycięty 🙂

  28. Gdy byłam dzieckiem zawsze miałam poczucie , że gdy zgaszę światło w pokoju i gdy będę przechodzić obok łóżka to jakiś powtór złapie mnie za kostki i wciągnie pod łóżko …i moi rodzice mnie nigdy nie znajdą. Więc zawsze wieczorem , gdy nadchodził czas spania szłam zgasić światło, i dawałam szybkiego nura do łóżka. To był skok z połowy pokoju na łóżko. Generalnie bałam się ciemności, bałam się że coś się na mnie czai. I wciągnie mnie pod łóżko. Gdy zostawałem sama w domu strach był tak duży, że często nie gasiłam światła. Muszę przyznać , że dziecięcy strachor czasem się we mnie odzywa nawet dziś, i gdy śpię nogi chowam pod pierzynką , a w nocy po ciemku wstaję z łóżka stylko w stanach wyższej konieczności. A gdy idę do piwnicy po zmroku …wołam psa, aby mi towarzyszył 🙂 zawsze to trochę raźniej 😉

  29. Gdy mieszka się w maleńkiej wsi złożonej z kilka domów ukrytej w lesie to wyzwań jest cała masa!!! Ale największe z nich to chodzenie do szkoły oddalonej o 2,5 km przez las tajemniczy, wydający różne dziwne odgłosy, czasem ciemny jak noc!!! Gdy zaczynałam szkołę jeden z chłopców od sąsiadów był w moim wieku i chodził z nami jego starszy o dwa lata brat. Na początku rodzice prze kilka dni nas wozili później w grę wchodziły rowery, uważali że od maleńkości bawimy się w „lesie” więc przejechanie 2,5 km przez las i pola to nic strasznego… ale nie jak ma się 7,8 lat… Zawsze rozmawialiśmy z kolegą aby dodać sobie odwagi, czasem śpiewaliśmy ale jego starszy brat opowiadał czasem straszne historyjki, które często śniły mi się w nocy… Teraz się z tego śmieję ale do tej pory nie lubię sama spacerować po lesie!! Ale las i przyrodę bardzo kocham i doceniam, że mogłam się wychowywać w takim miejscu często zabieram tam moje córeczki aby i one pokochały przyrodę..

  30. Moim najwiekszym wyzwaniem w dziecinstwie byla jazda samochodem lub autobusem bo mialam okropna chorobe lokomocyjna… przejechanie paru kilometrow to byla meka, wiec odpadaly wszelkie wycieczki szkolne. Pierwsza wycieczke wybralam sie dopiero w wieku 12 lat do ZOO nie obylo sie bez wpadek, a wytrwalam:-)

  31. Miałam 6 lat, moja strasza siostra właziła na drzewo w ogrodzie dziadków. Ja też chciałam i w końcu odwažylam się. Nie pamiętam tych wszystkich prób, na szczęście pierwsza gałąź była nisko, ale pamiętam radość, gdy się udało.

  32. Z tych miłych to zakup pierwszej książki za własne pieniądze. Miałam tylko na jedną i ciężko bylo wybrać, ale zdecydowałam się na Małą Księżniczkę 🙂 Ostatnio mi się przypomniało, więc wspomaganie jest ze mną już Kika dni. Nawet okładkę pamiętam 🙂 Choć było to prawie 30 lat temu 🙂

  33. Rodzice zawsze mówili – „nam zawsze możesz powiedzieć prawdę, nieważne jaka ona by była”…
    Nadszedł dzień w którym musiałam odważyć się (bądź nie) żeby sprawdzić czy rzeczywiście mówienie prawdy nie wyjdzie mi bokiem np jakąś straszną karą 🙂
    Gdy miałam ok 7-8 lat biegałam z koleżanką po korytarzu w szkole na przerwie i jakoś ją tak niefortunnie popchnęłam (przysięgam, że pamiętam że nie było to mocne :)) i ona uderzyła w osobę trzecią i odbiła się uderzając w róg ściany – wybiła dwie jedynki stałe, nie mleczaki 🙁 i to była moja wina…
    Ciężko mi było, bałam się jak nie wiem, ale przyznałam się rodzicom (ale chyba następnego dnia :)) i dobrze bo w ten sam dzień rodzice koleżanki przyszli do moich rodziców uff przynajmniej wiedzieli, że taka sytuacja miała miejsce. Nie dostałam żadnej kary, była rozmowa – bardzo mi się to wbiło w pamięć i wiedziałam, że mogę rodzicom mówić o wszystkim a oni zawsze będą przy mnie 🙂 ot taka historia jak to ważne wierzyć w swoich rodziców i w to co mówią 🙂

  34. Moim największym wyzwaniem nie były samodzielne zakupy, przygotowanie posiłków czy opieka nad młodszym dzieckiem bo bardzo często wykonywałam takie zadania w domu z chęcią i ciekawością. Najważniejszym a zarazem najstraszniejszym wyzwaniem były moje pierwsze samodzielne wakacje bez rodziców. Były to 2 tygodniowe kolonie . Bałam się strasznie choć towarzyszyła mi także nutka zafascynowania i dumy. Okazało się, iż na koloniach byli naprawde fajni opiekunowie i dzieci. Czas spędzony tam był bardzo radosny a co najważniejsze przyjaźnie zawarte podczas tych wakacji przetrwały do dzis. Ponad 20 lat .

  35. Moje wspomnienie to skok z trzymetrowej trampoliny do basenu. Miałam wtedy 7 lat i byłam z moimi Rodzicami i siostrą w Iraku. Mieszkaliśmy w Bagdadzie przez pół roku, aż do wybuchu wojny Irak – Kuwejt (Wojny w Zatoce Perskiej). Razem z siostrą chodziłyśmy tam do szkoły. Często chodziliśmy całą rodziną na basen, obie świetnie pływałyśmy i nurkowałyśmy oraz skakałyśmy z półmetrowej trampoliny do wody, ale ta trzymetrowa bardzo nas obie kusiła. Rodzice wiedzieli, że doskonale sobie poradzimy, więc zgodzili się, abyśmy skoczyły z niej do wody na nogi. Pierwsza poszła moja siostra, która była o 3 lata starsza ode mnie, ale ja przecież nie mogłam być gorsza. Weszłam za nią po stopniach na trampolinę, ale kiedy znalazłam się na górze, okazało się, że lęk wysokości nie pozwala mi skoczyć. Już chciałam zrezygnować i zawróciłam do zejścia, ale okazało się, że na stopniach stał już jakiś arabski chłopczyk, a że metalowe stopnie bardzo parzyły, a ja w dodatku bałam się go minąć, żeby nie spaść z tych 3m, to wzięłam ogromny rozbieg (z samego końca skoczni), wybiłam się mocno z trampoliny i wskoczyłam do wody. Do dzisiaj pamiętam ten strach, ale jednocześnie ogromną radość i satysfakcję. Tak bardzo mi się spodobało, że skakałam raz za razem.

  36. choroba moich rodziców. To, że najpierw pewnej grudniowej nocy moja mamę zabrało pogotowie (zawał serca), a tydzień później – w nocy zawał serca miał mój tata…

    • To, że wtedy jako 7,5 letnia dziewczynka wybiegłam na korytarz i zgodnie z instrukcją Taty stukałam do drzwi sąsiadów… Przez kolejny miesiąc zajmowali się mną sąsiedzi ( u jednych jadłam i odrabiałam lekcje, u innych spałam, jeszcze ktoś – odprowadzał mnie do szkoły). Najtrudniejsze było jednak klamanie mamie, że mieszkam u sąsiadki, bo tata jest mocno przeziębiony (nie mogliśmy jej powiedzieć, żeby stan się znowu nie pogorszył). Rodzice po ok. mcu wyszli ze szpitala (Mama wróciłla na Sylwestra, Tato dopiero w styczniu). Najcięższym wyzwaniem było nauczenie się życia w strachu, że rodzicom coś się stanie… Że mi ich zabraknie. A potem… Potem stawiałam sobie kolejne granice – żeby rodzice byli ze mną do końca szkoły podstawowej, do końca liceum, do momentu kiedy założę rodzinę… To ostatnie się nie udało, bo rodzice zmarli jak byłam na studiach… Ale wszystkie lata od tamtego grudnia uważam za wygraną od losu…

  37. Dziękuję za wszystkie Wasze historie <3 Nie spodziewałam się, że będą takie przejmujące. Czytałam je z wielką przyjemnością - te wspomnienia przypominały mi książki dla dzieci. Naprawdę. Kochani, dobrze piszecie, przejmująco opowiadacie! Czy myśleliście, żeby spisać swoje wspomnienia dla dzieci? Widzę tu duży potencjał <3

    Dziś o adresy z numerami telefonów, poproszę osoby, których komentarze przyszły z maili:
    Joannazedlewska@...
    agnieszka.1912@...
    Gratuluję, czekam tydzień <3

    Ściskam,
    Ania Oka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Website